Wywiady
Otwierając nieistniejącą wielką encyklopedię najlepszych polskich gitarzystów, moglibyśmy przeczytać, że pochodzący z Imielina na Śląsku Grzegorz Kapołka jest absolwentem Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. |
Za tydzień dowiemy się, czy "Blue Blues 3" śląskiego gitarzysty Grzegorza Kapołki dostanie Fryderyka jako najlepsza płyta bluesowa. Bo blues to prawdziwa miłość tego znanego z Golec uOrkiestra muzyka.Marcin Babko: Na poprzednią płytę "Blue Blues 2" z 2001 roku zaprosiłeś wielu gości, m.in. Tomasza Stańkę, Ewę Urygę i Kubę Badacha. Tym razem grasz tylko w trio, tak jak na "Blue Blues" z 1999 r. Wracasz do korzeni?Grzegorz Kapołka: Płyta "Blue Blues 2" okazała się niemożliwa do grania na koncertach [odbył się tylko jeden koncert promocyjny w chorzowskim Teatrze Rozrywki w 2001 r. - przyp. red.]. Tam było tylu wykonawców! Stańko nie ma czasu i wiadomo z czym wiąże się jego udział w koncercie - z dość poważną gażą. A prawda jest taka, że większość koncertów gramy w trio. Chciałem się jak najbardziej do tego zbliżyć. To jedyny powód. Można było poprosić kogoś z kolegów, żeby zagrał na klawiszach czy dęciakach, ale byłaby to trochę sztuczna sytuacja. Nie chcę uciekać od prawdziwej urody mojej muzyki ani kombinować. Marcin Babko: Dlaczego więc na tej płycie gra aż dwóch perkusistów: Irek Głyk i Grzesiek Poliszak? Grzegorz Kapołka: Chciałem ich obu uhonorować. Koncerty raz gram z jednym, raz gram z drugim. Więc podzieliłem płytę między nich. To mój ukłon w ich stronę. Obaj mają swoje zajęcia: Głyk gra m.in. w Krzaku, SBB i Shakin' Dudi, a Grzesiek z Edytą Górniak. Marcin Babko: W tytułach Twoich utworów pojawiają się nazwiska wielkich muzyków. Na nowej płycie to m.in. Chet Baker i West Montgomery. Nie każdy muzyk potrafi się przyznać do swoich inspiracji... Grzegorz Kapołka: Wielcy mistrzowie pomagają: słuchanie ich muzyki, analizowanie. Te dedykacje to moje dla nich podziękowania. Ale na nowej płycie dedykuję też piosenki moim dzieciom: córce Amelii i synowi Alanowi, który ma dopiero 12 lat, a już gra na perkusji i nawet słychać go tu w jednym utworze. Marcin Babko: Mówisz: "piosenki". A przecież Twoje utwory są instrumentalne. Śpiewasz gitarą? Grzegorz Kapołka: Skończyłem średnią szkołę muzyczną w klasie śpiewu, choć operowego. Później studiowałem jeszcze trzy lata na wydziale wokalno-aktorskim. Ale śpiew nigdy nie był mi bliski. Na tej płycie gram melodie. Znajomi mówią, że lubią tego słuchać w aucie. Nie przeszkadza, a relaksuje. Dla mnie to komplement. Mistrzem takiego grania jest John Scofield. Doceniam wprawdzie gitarzystów, którzy potrafią zagrać dużo, gęsto i szybko. Sam czasami tak gram. Ale słuchając takiej muzyki, mimo podziwu, po jakimś czasie się męczę. Za dużo informacji to tak naprawdę brak informacji i ból głowy. A Scofield gra powietrzem. Na kolejnych płytach chciałbym pójść w tę stronę. Wokalista nie jest w moim składzie niezbędny. Marcin Babko: Za to od lat grasz ze świetnymi wokalistami. Grzegorz Kapołka: Irek Dudek, Jorgos Skolias, Ewa Uryga, Beata Bednarz czy Patrycja Gola - śpiewają znakomicie, bardzo lubię z nimi grać. Ale to są ich projekty. Mój jest taki: instrumentalny blues połączony z jazzem. Marcin Babko: Jednak na życie zarabiasz w Golec uOrkiestrze. Grzegorz Kapołka: Krąg odbiorców bluesa to publiczność wierna, ale która się nie poszerza. Ludzie wolą słuchać łatwych rzeczy. To pewnie znak czasu: wszyscy wszędzie się spieszą i od muzyki chcą tylko relaksu. Ale ja z każdego grania wyciągam naukę. Nie ukrywam, że granie w Golec uOrkiestrze daje mi największe korzyści finansowe. Ale też doświadczenie. Zawsze staram się grać jak najlepiej. Marcin Babko: Przyznasz jednak, że "Blue Blues 3" nie jest stricte bluesowa. Jest tam nawet utwór "Chet"... Grzegorz Kapołka: Tak, to oczywiście hołd dla Cheta Atkinsa. Genialny, fenomenalny gitarzysta, któremu świat muzyki wiele zawdzięcza. Ten utwór jest moim skromnym podziękowaniem za wszystko, czego dokonał. Płyta, wbrew tytułowi, jest rzeczywiście dość eklektyczna. To zbiór różnych gatunków i fascynacji muzycznych - od Wesa Montgomery'ego (utwór "Wes") do Joe Satrianiego (utwór "Satriani") - a cała płyta jest po prostu tak różnorodna i pełna barw, jak to, co robię w swoim życiu. Jedno wynika z drugiego. Marcin Babko: Które utwory są ci najbliższe? Grzegorz Kapołka: Myślę, że najbardziej emocjonalnie związany jestem z tymi, które napisałem dla swoich dzieci: "Amelin From Imielin" i "Blues For Allan". Pierwszy dla córki, a drugi dla syna. Marcin Babko: Uwagę przyciąga projekt grafiki. Kto robił okładkę? Grzegorz Kapołka: Jest to dzieło mojej koleżanki Haliny Wojtowicz, która cyfrowo poprzerabiała na potrzeby okładki swoje własne obrazy. Wyszło to niesamowicie i mnie również się to bardzo podoba. Marcin Babko: Jakie jest twoje najmilsze wspomnienie ze sceny? Grzegorz Kapołka: Dobrych momentów i wspaniałych wspomnień mam mnóstwo. Takim ostatnim jest bez wątpienia Rawa Blues, gdzie zagrałem ze swoim triem właściwie to, co chciałem, i tak, jak chciałem. Są takie momenty w życiu muzyka, kiedy właściwie gra się metr nad sceną, unosząc się niejako w jakimś niesamowitym zatraceniu i zapomnieniu. To są takie magiczne chwile, które obce są innym zawodom. Dla nich właśnie warto być muzykiem. Na tejże Rawie Blues występowała po nas Eden Brent, amerykańska wokalistka pochodząca z Missisipi, która obraca się w stylistyce boogie-woogie, bluesa, jazzu, gospel, soulu, a nawet popu, i została już uhonorowana wieloma nagrodami. Okazało się, że bardzo podobał się jej nasz występ i że bardzo intensywnie mnie szukała, aby mi pogratulować i porozmawiać ze mną. To było niezwykle miłe. Marcin Babko: Czy to spotkanie zaowocowało czymś jeszcze? Grzegorz Kapołka: Mamy w planach wspólną trasę. Jestem już po rozmowach z osobami, które mogłyby się w to zaangażować. Myślę więc, że zrealizujemy nasze zamierzenia i wkrótce razem pogramy. Marcin Babko: W twojej grze pojawiają się elementy rocka, bluesa, jazzu, country, fusion... A jak sam postrzegasz swój styl? Grzegorz Kapołka: Jeśli miałbym wymienić w jakiejś hierarchii to, co mi w duszy gra, to na samej górze byłby blues, tuż pod nim jazz, a nieco niżej country. W muzyce jest wiele różnych kolorów i bardzo mi się to podoba. Jestem wdzięczny Bogu za to, że istnieją te wszystkie style muzyczne, że jest rock, że jest też i metal - notabene, z całą masą rewelacyjnych muzyków i gitarzystów. Jednakże daleki jestem od wyznaczania sztywnych granic stylistycznych. Tak naprawdę czuję się przede wszystkim gitarzystą. Marcin Babko: Twoim trademarkiem stał się żółty Ibanez. Co jest w tej gitarze wyjątkowego? Grzegorz Kapołka: Zacznijmy od tego, że miałem wiele gitar najróżniejszych marek i modeli. Liczyłem nawet ostatnio i wyszło, że było ich grubo ponad 60. Ale wracam zawsze do tej jednej gitary i czuję się wtedy jak w domu. To jest model sygnowany przez Franka Gambale, nosi symbol FGM100 i jest ulepszoną wersją modelu S. Są tu znakomite pickupy DiMarzio i lepsze drewno niż w zwykłych seriach. Szczerze mówiąc, obecnie mam trzy Ibanezy FGM100, a było ich około ośmiu i zostawiłem tylko te trzy egzemplarze. Okazuje się, że nie tylko modele FGM200 i FGM300 różnią się między sobą, ale też FGM100 mogą zupełnie różnie grać. Wiadomo, że elektronika jest w nich taka sama lub bardzo podobna, natomiast drewno i jego ułożenie słojów, gęstość, a co za tym idzie właściwości akustyczne - są niepowtarzalne. Poza tym są to obecnie dość rzadkie, bo już nieprodukowane instrumenty. Frank Gambale odszedł od Ibaneza, podobnie jak John Petrucci czy Scott Henderson, ponieważ polityka firmy wyraźnie się zmieniła. Marcin Babko: Á propos modelu FGM - miałeś okazję zagrać z Frankiem? Grzegorz Kapołka: Nagraliśmy kiedyś płytę fusion ("Mr DJ") wspólnie z moim serdecznym kolegą Darkiem Janusem, gdzie zagrał między innymi Grzesiu Skawiński, Piotr Wojtasik i Janusz Skowron, czyli śmietanka polskich muzyków, ale prawdziwymi rodzynkami tej płyty byli zagraniczni goście: Frank Gambale i Robin Eubanks. Wtedy to właśnie udało mi się zagrać w jednym utworze razem z Frankiem. Spotkaliśmy się zresztą później, kiedy grał trasę z Krzysiem Zawadzkim. Jako ciekawostkę powiem, że rozmawialiśmy głównie po włosku, bo będąc z pochodzenia Włochem, Frank mówi świetnie w tym języku. Przemiły człowiek. Marcin Babko: Co jeszcze znajduje się w twoim arsenale? Grzegorz Kapołka: Oprócz wymienionych wcześniej gitar mam Ibaneza AS200, identycznego z tym, na którym gra Scofield - to przepiękny instrument z lat 80. Mam też jazzowego Ibaneza FG100, akustyki Takamine oraz Ovation, Guilda D-40, parę Godinów (Multiaca Nylon i Jazz), Music Many sygnowane przez Petrucciego i Lukathera. Jak już wspomniałem, najczęściej jednak sięgam po mojego żółtego Ibaneza, do którego mam wielki sentyment. Marcin Babko: Do czego podpinasz swoje gitary? Grzegorz Kapołka: Od lat gram na Randallach. Obecnie mam trzy wzmacniacze tej marki z serii RG75 i RG200. Tego drugiego używam głównie, grając z Golec uOrkiestrą. Bardzo skuteczny i potężnie brzmiący amp z głośnikami 12-calowymi. Gitary akustyczne podpinam do wzmacniacza AER Compact 60. Fenomenalny sprzęt, pięknie brzmiący i wytrzymały, co jest bardzo ważną cechą, jeśli wozisz swój sprzęt w trasy. Dwa razy zdarzyło się, że nieostrożny akustyk zrzucił go z wysokości dwóch metrów na kamienną posadzkę i piecyk nadal działa bez zarzutu. Mam również dwa combo Yamahy z lat 80. (seria G2) skonfigurowane ze starym Korgiem A2 - oba urządzenia tranzystorowe, świetnie więc ze sobą współgrają. Obecnie chcę jeszcze poeksperymentować z lampowymi wzmacniaczami Budda. Marcin Babko: Jakie masz preferencje co do kostek i strun? Grzegorz Kapołka: Kostki wyłącznie marki Fender lub Peavey o grubości medium. Struny to od lat Ernie Ball Super Slinky w rozmiarze .009-.042" - fenomenalne struny. Próbowałem naprawdę wszystkiego łącznie z tymi wszystkimi wynalazkami wykorzystującymi kosmiczne technologie, ale nic nie jest w stanie pobić strun Ernie Ball. Marcin Babko: W jaki sposób ćwiczy Grzegorz Kapołka? Grzegorz Kapołka: Właściwie coraz mniej ćwiczę, bo mnóstwo czasu zabiera mi koncertowanie i inne sprawy. Jeśli już jednak ćwiczę, to najczęściej wybieram sobie jakieś wprawki oparte na interwałach (przeważnie są to tercje) lub chromatyce. Chodzi mi głównie o to, by rozegrać lewą i prawą rękę. Jeśli mam więcej czasu, to bardzo lubię pograć sobie z podkładami lub pokombinować i stworzyć coś nowego. Jeśli wychodzi z tego coś ciekawego, to staram się to od razu zapisać. Marcin Babko: W improwizacjach polegasz bardziej na teorii czy na intuicji? Grzegorz Kapołka: W bluesie głównie na intuicji, bo to środowisko jest dość łatwe, ale jeśli mam do czynienia z jakąś bardziej złożoną progresją akordów, to muszę ją sobie wcześniej przeanalizować. Mistrzowie formatu Franka Gambale czy Hendersona odnajdują się w tym zapewne po pierwszym strzale. Ja muszę sobie to przetrawić, osłuchać się i uwewnętrznić. Marcin Babko: Czy twoim zdaniem czytanie nut a vista jest niezbędne w pracy muzyka? Grzegorz Kapołka: Czy niezbędne, to nie wiem, ale na pewno przydatne. Uważam, że nie ma złych dróg. Często ludzie na jednej szali kładą muzyczną edukację, a na drugiej spontaniczność i intuicję. Jeśli miałbym wybierać między byciem samoukiem lub nie byciem nim, to wybrałbym tę drugą opcję. Szkoła i świadomość ułatwiają wiele rzeczy. Wszystko da się oczywiście osiągnąć inaczej, można pójść inną drogą, ale zwykle okazuje się ona dłuższa i dużo trudniejsza. Nie ma sensu wyważanie otwartych drzwi. Marcin Babko: Jakiej rady mógłbyś udzielić Czytelnikom "Gitarzysty"? Grzegorz Kapołka: Nie rezygnujcie z grania, jeśli przychodzą momenty zwątpienia, nie poddawajcie się zbyt łatwo, bo gitara jest niesamowitym wyróżnieniem i darem. Po prostu idźcie dalej tą drogą, nie oglądając się za siebie. Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice |
Rozmowa z liderem zespołu, Grzegorzem KAPOŁKĄJasNet: Powiedział Pan na samym początku koncertu, że bardzo lubi tutaj przyjeżdzać, grać na tej sali...Grzegorz Kapołka: Tu jest zawsze świetnie. Podobnie jak w wielu miejsach w Polsce, ale tutaj jest takie szczególnie miłe miejsce. JasNet: Lubi Pan grać w takich kameralnych salach? Grzegorz Kapołka: Tak. Myślę, że kameralne sale są lepsze od dużych sal koncertowych, bo zawsze można łatwiej nawiązać kontakt ze słuchaczem i co najważniejsze jest to kontakt bliższy. Myślę, że dla słuchaczy to też jest lepsze i przyjemniejsze, jeżeli widzą, że coś się tworzy i to bardzo blisko nich. Nie ma tego dystansu, tej sztucznej bariery. Dziś przyszło tu dużo młodzieży. Widać, że są to ludzie ukierunkowani, że mają pojęcie o tym, czego słuchają. Myślę, że przyszli tu ci, którzy chcieli przyjść i wiedzieli dokładnie na co przychodzą. W związku z tym jest łatwiej do nich trafić i rozmawia się tym samym językiem. JasNet: Nie miewa Pan, grając tutaj, uczucia klaustrofobii? Jest to przecież takie malutkie pomieszczenie. I jest w nim bardzo duszno... Grzegorz Kapołka: Nie, to jest normalne, w takich klubach się zwykle grywa. JasNet: Co sądzi Pan o dzisiejszym potrójnym bisowaniu? Grzegorz Kapołka: (śmiech) Dla nas sytuacja robiła się z wolna dramatyczna, choć mieliśmy jeszcze parę kawałków, o których zapomnieliśmy, że można je zagrać... Więc było to dla nas spore zaskoczenie. Ale bardzo miłe. JasNet: Świadczy to zatem o tym, że koncert się udał. Grzegorz Kapołka: Tak, uważam, że był to bardzo udany koncert; bardzo fajnie nam się grało, a dla nas to duża satysfakcja. JasNet: Kiedy znów możemy spodziewać się ponownego przyjazdu, w takim, bądź innym składzie? Grzegorz Kapołka: Trudno powiedzieć, to zależy od dyrekcji. JasNet: Dziękuję za rozmowę. JasNet: Które utwory są ci najbliższe? Grzegorz Kapołka: Myślę, że najbardziej emocjonalnie związany jestem z tymi, które napisałem dla swoich dzieci: "Amelin From Imielin" i "Blues For Allan". Pierwszy dla córki, a drugi dla syna. JasNet: Uwagę przyciąga projekt grafiki. Kto robił okładkę? Grzegorz Kapołka: Jest to dzieło mojej koleżanki Haliny Wojtowicz, która cyfrowo poprzerabiała na potrzeby okładki swoje własne obrazy. Wyszło to niesamowicie i mnie również się to bardzo podoba. JasNet: Jakie jest twoje najmilsze wspomnienie ze sceny? Grzegorz Kapołka: Dobrych momentów i wspaniałych wspomnień mam mnóstwo. Takim ostatnim jest bez wątpienia Rawa Blues, gdzie zagrałem ze swoim triem właściwie to, co chciałem, i tak, jak chciałem. Są takie momenty w życiu muzyka, kiedy właściwie gra się metr nad sceną, unosząc się niejako w jakimś niesamowitym zatraceniu i zapomnieniu. To są takie magiczne chwile, które obce są innym zawodom. Dla nich właśnie warto być muzykiem. Na tejże Rawie Blues występowała po nas Eden Brent, amerykańska wokalistka pochodząca z Missisipi, która obraca się w stylistyce boogie-woogie, bluesa, jazzu, gospel, soulu, a nawet popu, i została już uhonorowana wieloma nagrodami. Okazało się, że bardzo podobał się jej nasz występ i że bardzo intensywnie mnie szukała, aby mi pogratulować i porozmawiać ze mną. To było niezwykle miłe. JasNet: Czy to spotkanie zaowocowało czymś jeszcze? Grzegorz Kapołka: Mamy w planach wspólną trasę. Jestem już po rozmowach z osobami, które mogłyby się w to zaangażować. Myślę więc, że zrealizujemy nasze zamierzenia i wkrótce razem pogramy. JasNet: W twojej grze pojawiają się elementy rocka, bluesa, jazzu, country, fusion... A jak sam postrzegasz swój styl? Grzegorz Kapołka: Jeśli miałbym wymienić w jakiejś hierarchii to, co mi w duszy gra, to na samej górze byłby blues, tuż pod nim jazz, a nieco niżej country. W muzyce jest wiele różnych kolorów i bardzo mi się to podoba. Jestem wdzięczny Bogu za to, że istnieją te wszystkie style muzyczne, że jest rock, że jest też i metal - notabene, z całą masą rewelacyjnych muzyków i gitarzystów. Jednakże daleki jestem od wyznaczania sztywnych granic stylistycznych. Tak naprawdę czuję się przede wszystkim gitarzystą. JasNet: Twoim trademarkiem stał się żółty Ibanez. Co jest w tej gitarze wyjątkowego? Grzegorz Kapołka: Zacznijmy od tego, że miałem wiele gitar najróżniejszych marek i modeli. Liczyłem nawet ostatnio i wyszło, że było ich grubo ponad 60. Ale wracam zawsze do tej jednej gitary i czuję się wtedy jak w domu. To jest model sygnowany przez Franka Gambale, nosi symbol FGM100 i jest ulepszoną wersją modelu S. Są tu znakomite pickupy DiMarzio i lepsze drewno niż w zwykłych seriach. Szczerze mówiąc, obecnie mam trzy Ibanezy FGM100, a było ich około ośmiu i zostawiłem tylko te trzy egzemplarze. Okazuje się, że nie tylko modele FGM200 i FGM300 różnią się między sobą, ale też FGM100 mogą zupełnie różnie grać. Wiadomo, że elektronika jest w nich taka sama lub bardzo podobna, natomiast drewno i jego ułożenie słojów, gęstość, a co za tym idzie właściwości akustyczne - są niepowtarzalne. Poza tym są to obecnie dość rzadkie, bo już nieprodukowane instrumenty. Frank Gambale odszedł od Ibaneza, podobnie jak John Petrucci czy Scott Henderson, ponieważ polityka firmy wyraźnie się zmieniła. JasNet: Á propos modelu FGM - miałeś okazję zagrać z Frankiem? Grzegorz Kapołka: Nagraliśmy kiedyś płytę fusion ("Mr DJ") wspólnie z moim serdecznym kolegą Darkiem Janusem, gdzie zagrał między innymi Grzesiu Skawiński, Piotr Wojtasik i Janusz Skowron, czyli śmietanka polskich muzyków, ale prawdziwymi rodzynkami tej płyty byli zagraniczni goście: Frank Gambale i Robin Eubanks. Wtedy to właśnie udało mi się zagrać w jednym utworze razem z Frankiem. Spotkaliśmy się zresztą później, kiedy grał trasę z Krzysiem Zawadzkim. Jako ciekawostkę powiem, że rozmawialiśmy głównie po włosku, bo będąc z pochodzenia Włochem, Frank mówi świetnie w tym języku. Przemiły człowiek. JasNet: Co jeszcze znajduje się w twoim arsenale? Grzegorz Kapołka: Oprócz wymienionych wcześniej gitar mam Ibaneza AS200, identycznego z tym, na którym gra Scofield - to przepiękny instrument z lat 80. Mam też jazzowego Ibaneza FG100, akustyki Takamine oraz Ovation, Guilda D-40, parę Godinów (Multiaca Nylon i Jazz), Music Many sygnowane przez Petrucciego i Lukathera. Jak już wspomniałem, najczęściej jednak sięgam po mojego żółtego Ibaneza, do którego mam wielki sentyment. JasNet: Do czego podpinasz swoje gitary? Grzegorz Kapołka: Od lat gram na Randallach. Obecnie mam trzy wzmacniacze tej marki z serii RG75 i RG200. Tego drugiego używam głównie, grając z Golec uOrkiestrą. Bardzo skuteczny i potężnie brzmiący amp z głośnikami 12-calowymi. Gitary akustyczne podpinam do wzmacniacza AER Compact 60. Fenomenalny sprzęt, pięknie brzmiący i wytrzymały, co jest bardzo ważną cechą, jeśli wozisz swój sprzęt w trasy. Dwa razy zdarzyło się, że nieostrożny akustyk zrzucił go z wysokości dwóch metrów na kamienną posadzkę i piecyk nadal działa bez zarzutu. Mam również dwa combo Yamahy z lat 80. (seria G2) skonfigurowane ze starym Korgiem A2 - oba urządzenia tranzystorowe, świetnie więc ze sobą współgrają. Obecnie chcę jeszcze poeksperymentować z lampowymi wzmacniaczami Budda. JasNet: Jakie masz preferencje co do kostek i strun? Grzegorz Kapołka: Kostki wyłącznie marki Fender lub Peavey o grubości medium. Struny to od lat Ernie Ball Super Slinky w rozmiarze .009-.042" - fenomenalne struny. Próbowałem naprawdę wszystkiego łącznie z tymi wszystkimi wynalazkami wykorzystującymi kosmiczne technologie, ale nic nie jest w stanie pobić strun Ernie Ball. JasNet: W jaki sposób ćwiczy Grzegorz Kapołka? Grzegorz Kapołka: Właściwie coraz mniej ćwiczę, bo mnóstwo czasu zabiera mi koncertowanie i inne sprawy. Jeśli już jednak ćwiczę, to najczęściej wybieram sobie jakieś wprawki oparte na interwałach (przeważnie są to tercje) lub chromatyce. Chodzi mi głównie o to, by rozegrać lewą i prawą rękę. Jeśli mam więcej czasu, to bardzo lubię pograć sobie z podkładami lub pokombinować i stworzyć coś nowego. Jeśli wychodzi z tego coś ciekawego, to staram się to od razu zapisać. JasNet: W improwizacjach polegasz bardziej na teorii czy na intuicji? Grzegorz Kapołka: W bluesie głównie na intuicji, bo to środowisko jest dość łatwe, ale jeśli mam do czynienia z jakąś bardziej złożoną progresją akordów, to muszę ją sobie wcześniej przeanalizować. Mistrzowie formatu Franka Gambale czy Hendersona odnajdują się w tym zapewne po pierwszym strzale. Ja muszę sobie to przetrawić, osłuchać się i uwewnętrznić. JasNet: Czy twoim zdaniem czytanie nut a vista jest niezbędne w pracy muzyka? Grzegorz Kapołka: Czy niezbędne, to nie wiem, ale na pewno przydatne. Uważam, że nie ma złych dróg. Często ludzie na jednej szali kładą muzyczną edukację, a na drugiej spontaniczność i intuicję. Jeśli miałbym wybierać między byciem samoukiem lub nie byciem nim, to wybrałbym tę drugą opcję. Szkoła i świadomość ułatwiają wiele rzeczy. Wszystko da się oczywiście osiągnąć inaczej, można pójść inną drogą, ale zwykle okazuje się ona dłuższa i dużo trudniejsza. Nie ma sensu wyważanie otwartych drzwi. JasNet: Jakiej rady mógłbyś udzielić Czytelnikom "Gitarzysty"? Grzegorz Kapołka: Nie rezygnujcie z grania, jeśli przychodzą momenty zwątpienia, nie poddawajcie się zbyt łatwo, bo gitara jest niesamowitym wyróżnieniem i darem. Po prostu idźcie dalej tą drogą, nie oglądając się za siebie. Źródło: JasNet |




Opowiedz nam, jak zaczęła się twoja gitarowa droga...
Na poprzednią płytę "Blue Blues 2" z 2001 roku zaprosiłeś wielu gości, m.in. Tomasza Stańkę, Ewę Urygę i Kubę Badacha. Tym razem grasz tylko w trio, tak jak na "Blue Blues" z 1999 r. Wracasz do korzeni?
Powiedział Pan na samym początku koncertu, że bardzo lubi tutaj przyjeżdzać, grać na tej sali...
